sobota, 24 maja 2014

Ciepłe

wieje wiatr. jest ciepły, tak jak ciepłe są Twoje słowa. buduję z nich wiersze, na czarną godzinę. przychodzą majowe burze, wewnętrzne sztormy, zewnętrzne powodzie. przychodzą i odchodzą jak wielu zwykło robić. czasem żal pojawia się w oczach, więc go chowam w poszewkę.  i śpię z tym twardo, ale krótko. noce są ciepłe i choć owijam ciało w pościel, lezę bez ruchu jak w kokonie, przechodzą mnie dreszcze. nie przeistoczę się w kolorowego motyla, nie będę stąpać po płatkach kwitnących drzew. na tle istoty świata pozostanę rozlanym mlekiem.
składam w głowie wersy własnej modlitwy. nie padam na klęczki, nie wołam do Boga. mimo to, niech mi kiedyś wybaczy ten niedostatek wiary. niech mnie za to ukarze. niech mi wbija mocno swoje gwoździe w moje plecy.
wskaż drogę do domu.

środa, 14 maja 2014

Przypływ.

maj pamiętnego roku był duszny i upalny. wysychały trawy, spragnione wody ziemie wołały o deszcz. błękit nieba zachwycał. zawieszał cudne słońce nad nami. opalało nam ręce, ogrzewało serca, rozświetlało policzki i wszystko było dobre. tonęłam w brązowych głębinach nie wołając o pomoc, szepcząc twoje imię. tylko ono było ważne. czwartego dnia zbierało się mi na płacz, że pora niechcianego powrotu, że pora cię zostawić. niebo płakało za mnie, ja tylko uśmiechałam się smutno, przekręcając głowę coraz bardziej w twoją stronę, prawie do złamania karku. pamiętam. szłam jak na ścięcie - wolno, ale posłusznie. aż w końcu trzeba było wsiadać. wołali mnie, krzyczeli za mną w złości. odwróciłam się wtedy całkowicie, stałam w bezruchu, mokły mi włosy, zaciskałam mocno zęby, przełykałam z żalem ślinę, deszcz mi spływał po twarzy. i byłam w stanie stać tak bez końca, jeśli patrzyłabym w twoim kierunku. w końcu kogoś chciałam i nie była to śmierć. daleko było do mojego umierania. i można byłoby tu mówić o uratowaniu życia, gdyby nie czerwiec i mordercze noce, stęsknione i bezsenne. gdyby nie twoja cisza. gdyby nie to, że pozwoliłeś mi używać cię jak noża. wciąż myślę, że wiedziałeś. wspominam to dziś, bo pada jak w tamtą niedzielę dwudziestego siódmego. nie pamiętasz, to dobrze. przypomniałeś o sobie, ale nie ma tu żadnej tęsknoty. jest obojętność i są wspomnienia.

znów się topię. choć już chyba zatonęłam. pochłonęły mnie fale Jego słów. głębia tych mórz jest w końcu taka jaka powinna być. niebieska i czysta.

sobota, 10 maja 2014

o strachu

dość już krągłych liter i pięknych zdań, które przekwitły tak szybko jak zawilce. niespostrzeżenie zaczęły gnić, pokrywać się pleśnią, umierać, zostawiając po sobie złośliwy pisk, który słyszę tylko ja. czasem lepiej jest nie widzieć niektórych oczu, nie patrzyć na cudze barki, nie zatapiać się w czyimś uśmiechu. może gdybym była niewidoma, miłości do Ciebie nie zrodziłoby się tak wiele i łatwiej byłoby mi to znieść. choćbym starała się z całych sił, nie ma powrotu. gdy spadają gwiazdy, życzę sobie kochać Cię zawsze i przestać na zawsze. ta szamotanina jest zabójcza.
w końcu znajdę drogę do domu, nauczę się zamykać za sobą drzwi. zdejmę z ramion mój krzyż i położę się spać. ukołysze mnie spokój, przestanę się bać. będziesz na mnie czekał.