niedziela, 28 sierpnia 2016

maybe, you're gonna be the one that saves me and after all

może wracam po wódce niedopita, może właśnie wracam po wódce i ledwo widzę na oczy. nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć, kto palił moje papierosy i pił moje wino i pił ze mną wódkę i mówił mi komplementy. teraz ledwo niedopita widzę i nie mam ani papierosów, ani wina i nikt nie powie mi, że wszędzie pozna zapach moich perfum. że jeśli jestem daleko, to zawsze wie, że jestem blisko. i może wracam niedopita, bo nie brakuje mi dłoni i ramion i włosów, które pachną jak dom. może nie jestem tym kim myślałam, że jestem i może staję się tymi, którymi miałam się nie stać. o 1:40 piję tylko herbatę, bo wyprosili mnie zbyt wcześnie, by skończyć tamte butelki, a Ciebie tam nie było, by mi pomóc. chociaż gdzieś w głębi, coś czekało i ja nie byłam skończona po żadnym kieliszku.
obgryzam lakier ze źle umalowanych paznokci, ściągam dopasowane ubrania i uśmiech tak sztuczny i slaby, że mógłbyś go zrównać z ziemią. i jestem cała taka, jaką nie chcieli mnie widzieć. i stanę się taka na nowo, gdy w nasze życia wkroczy październik. i nikt nie zatęskni, nie zapamięta. i przypomnę sobie dzień i zapłaczę cicho, tak by nikt nie usłyszał i będę dalej tą ubraną w czerń. i nie zostawię wszystkiego za sobą, bo przecież mi wmówiono, że siła jest w tym do czego ja sama siebie przekonałam. pomimo tego. pomimo wszystkiego o czym myślę, gdy sen nie chce przyjść.

środa, 24 sierpnia 2016

kindness gone to bed

depcze po Tobie jak bezbożny kat. a przecież łaska boża w jego każdej tkance i w każdej myśli, która nie jest wypełniona Twoim istnieniem. i nie możesz mieć za złe zazdrości, którą sama w sobie nosisz patrząc na innych ludzi. ich nie rozdzierają tak na kawałki zwykłe cztery akordy i kilka prostych słów wyśpiewanych na wskroś. i jego też nie, gdy roztapiasz się naprzeciw jego oczu i zamykasz drzwi z hukiem wybuchów bomb atomowych. dla niego to ciche zgniatanie maków w dłoniach. zakwitną następne i będzie kolejna wiosna. a dla Ciebie nic tylko jesień i spadanie kasztanów i żołędzi na głowę jak kamieni z nieba. i pytając czy zasłużenie liście ułożą Ci się na kształt przerwanej nieskończoności. bo przeczytałaś kiedyś, że ze wszystkich rzeczy wiecznych, miłość trwa najkrócej. a gdy zapytasz czy to właśnie ona, wiatr zawieje i klony zaszumią bez wyrazu i dalej niepewność i strach, że kiedy zagrabią je wszystkie i trawa od mrozu wyblaknie nie zostanie Ci nic. mówili Ci, żebyś się nie bała, bo zimą możesz uciekać w ciepłe i miękkie. ale nic przecież Ci nie zabije pod dłonią nierównomiernie i głośno, nic nie wzdrygnie się o piątej nad ranem, gdy śni się złe. pod ręką tylko ciepłe swetry, miękkie koce, śmiertelne piosenki z laptopa i puste miejsce po prawej stronie. łatwo jest mówić, gdy zna się miejsca. trudniej jest, gdy się wie, że trzeba je znaleźć. najtrudniej, gdy trzeba ich szukać, a nie wie się, gdzie zacząć.
może kiedyś weźmiesz głęboki oddech i pociągniesz swoją walizkę po zmarzniętej trawie na własną rękę. podniesiesz głowę wysoko i będziesz tą siłą. i przestaniesz wierzyć, że ktoś może stać się Twoim miejscem, Twoim domem, Twoim światłem.


tu ne peux vivre sans moi et je mourrais sans toi
je tuerais pour toi

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

i can't save us, my Atlantis, we fall

ja. miękka maskotka, którą można tłamsić w dłoniach i nadrywać uszy. zamiast pluszu poczucie winy. i wina żadnego już nie czuć i nie widać. poza tą głupią plamą na dywanie, gdy myślałam, że wygram Ci na złość. poza mną i Tobą. wszystko zostało wypite, pożegnane szklanym dnem. chmiel można darować, bezsennych nocy i tak nie naprawi od tak. może gdzieś między tym pluszem, a garścią gałganów. może gdzieś wśród tego bałaganu czekam po nocach na jakiś znak. na sygnał karetki, radiowozu, a może po prostu telefonu. może wdzieram paznokcie wgłąb swojej dumy i uśmiecham się szeroko, zaciskając mocno ząbki, bo boli. i nic się nie zmieniło odkąd tak głupio zapytał i uderzył mną o asfalt. mieliśmy przecież leżeć i oglądać gwiazdy, ale ja oglądałam się niepewnie za siebie. one błyszczały, ja gasłam. i powiedział wtedy do mnie "leć" i pobiegłam. a teraz możliwe, że tkwię na linii i nie ma nikogo kto powie to znów. i liczę, że jest to początek trasy. bo jeśli tak to wygląda na mecie, to chcę przestać już brać.